Białowieża

(woj. podlaskie, pow. hajnowski)

Gmina Białowieża - herb

Do Białowieży wybrałem się na jeden dzień 12 lipca 2017. Noclegi miałem w Hajnówce, a do stolicy Puszczy Białowieskiej, jeśli tak można powiedzieć (nazwa na to wskazuje), dotarłem busem popularnej na Podlasiu firmy Voyager, których trochę tu jeździ. Od razu uprzedzę, że w ciągu kilku godzin nie udało się skorzystać ze wszystkich atrakcji, więc kiedyś pewnie tu wrócę, ale i tak było warto. Odpuściłem sobie m.in. rezerwat żubrów przed samą Białowieżą.

Opisując Białowieżę opieram się na planie wsi znalezionym w Internecie.

Wysiadamy na ulicy Kolejowej. Widzimy rekonstrukcję dawnej stacji Białowieża Pałac, która obecnie służy za Park Wiedzy i Zabawy (nie zawsze jest otwarty). Wracamy się kawałek, skręcamy w prawo i wchodzimy do Parku Pałacowego. Z uwagi na fakt, że do otwarcia muzeum było jeszcze trochę czasu, najpierw zobaczyłem parę innych obiektów, m.in. obelisk upamiętniający polowanie w 1752 roku. Tu trzeba zaznaczyć, że owo polowanie nie miało nic wspólnego z odstrzałem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, lecz było zwykłą rzezią stanowiącą królewską zabawę. Ponadto warto zwrócić uwagę na Ośrodek Edukacji Przyrodniczej BPN oraz tablice informacyjne o charakterze przyrodniczym.

Do ścisłego rezerwatu (na północ od parku) wejść jednak nie mogłem, gdyż przydrożny napis informował, że wstęp odbywa się tylko z przewodnikiem. Ja takiego nie miałem.

Teraz czas na Muzeum Przyrodniczo-Leśne. Świetnie urządzone ekspozycje przyrodnicze, do tego audioprzewodnik. W zasadzie skoro i tak wejścia odbywają się grupowo o określonych godzinach, a nie indywidualnie, to zamiast słuchawek można by było wprowadzić komentarz lektora przez głośniki. To zlikwidowałoby konieczność ciągłego przełączania nagrań. Ciekawostką były… kaucje za to urządzenie, np. 50 zł, ale można też zastawić zegarek czy komórkę!

Istnieje też wieża widokowa, do której prowadzą schody i winda. Tu jednak turyści narzekali, że jest ona za niska w stosunku do drzew.

Park opuszczamy południowo-wschodnim wyjściem. Tuż po prawej stronie widzimy okazały gmach poczty przy ul. Parkowej, a przed nią obelisk upamiętniający Adama Loreta.

Posuwamy się w kierunku wschodnim ulicą Aleksandra Waszkiewicza. Na początek z lewej strony mamy cerkiew pw. św. Mikołaja. Dalej mijamy Białowieski Ośrodek Kultury, a tuż przy skrzyżowaniu ze Sportową widzimy budynek, w którym mieszczą się m.in. Urząd Gminy, Urząd Stanu Cywilnego i Gminna Biblioteka Publiczna im. Igora Newerlego.

Teraz idziemy Sportową w kierunku północnym mijając małą kaplicę prawosławną. Skręcamy w prawo w ul. Tropinka, ponownie w prawo w Zaułek Osoczników i w lewo w Waszkiewicza. Zwróćmy uwagę na charakterystyczne dla Podlasia zdobione chaty. Docieramy pod kościół pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Za nim znajduje się Park Dyrekcyjny, a w nim Zakład Lasów Naturalnych – Instytut Badawczy Leśnictwa.

Czas na wejście do puszczy. Obrałem szlak czerwony. Charakterystyczny punkt to miejsce straceń przy Drodze Browskiej. Od niego kontynuowałem wędrówkę czerwonym szlakiem, który kilkakrotnie skręcał to w prawo, to w lewo. Dobrze, że miałem mapy i kompas, bo chwilami był problem z dostrzeżeniem oznakowania na niektórych skrzyżowaniach ścieżek.

Później zgodnie z planem postanowiłem zmienić szlak, aby przejść przez rezerwat „Wysokie bagno”. Cały czas miałem świadomość, że znajduję się niedaleko granicy państwowej – chwilami kilkaset metrów – choć stąd jej nie widać. Nigdy wcześniej nie byłem bardziej na wschód. Trasa przez rezerwat to ciekawy fragment wędrówki przez puszczę. Do tego piękny widok na Narewkę z mostu.

Po dojściu do skrzyżowania zrobiłem krótkie rozeznanie terenu wykorzystując mapę. Ścieżka w lewo powinna podchodzić pod granicę (ok. pół kilometra), ale przy zajrzeniu kawałek jeszcze nie było jej widać. Postanowiłem nie zapuszczać się tam zbyt daleko i nie ryzykować 500-złotowego mandatu, gdyż nie wiedziałem, na ile dobrze granica na tym odcinku jest oznakowana.

Białoruś – w chwili pisania tego tekstu w 2017 roku – jest jednym z trzech sąsiadów Polski, do których dostać się wolno tylko w wyznaczonych miejscach. Tu muszę wspomnieć, że niedaleko Białowieży (nieco na południe od szlaku, który opisuję) istnieje przejście pieszo-rowerowe. Nawet poczyniono pewne ułatwienia w postaci stref bezwizowych, ale paszport był wymagany, a i jego otrzymanie ponoć nie stanowiło jedynego warunku przekroczenia granicy. Dla turysty, który zaznał już wygody związanej ze strefą Schengen, a na dodatek rzadko opuszcza kraj, nawet to jest zbyt uciążliwą formalnością. Zaznaczam, że nie mam żadnych uprzedzeń do władz w Mińsku, które tak krytykuje nasza telewizja. Po prostu kiedyś już miałem paszport – wykorzystałem go raz przez 10 lat. Nie opłaca mi się więc go ponownie wyrabiać. Z tego właśnie powodu nie brałem niestety pod uwagę wycieczki przez polsko-białoruskie przejście graniczne, mimo że czytałem już relację tych, którzy tam byli i podobało im się.

Wróćmy więc na szlak. Zgodnie z planem postanowiłem udać się ścieżką w prawo do Restauracji Carskiej mieszczącej się w nieczynnej stacji Białowieża Towarowa. Po drodze nawet spotkaliśmy (liczba mnoga, gdyż za mną szło jeszcze kilka osób) patrol Straży Granicznej. Uprzedzam, że jej działania są w tym rejonie czymś normalnym, więc jeśli nie robiliście sobie selfie dwa metry za granicą, o ile ją widzieliście, to nie macie się czego bać (jak chcecie zdjęcia za słupkiem, można je legalnie wykonać na granicy z czterema innymi sąsiadami Polski). Po prostu standardowe pytania: skąd, dokąd idziemy. Jak turysta wie, gdzie jest, to w porządku. Nie chodzi tu o posądzanie o chęć nielegalnego przekroczenia granicy, lecz o sprawdzenie, czy trzymamy się zaplanowanej trasy i choćby nie pobłądziliśmy.

Wreszcie dotarłem do restauracji. Ceny były z kosmosu wzięte i zdecydowałem się tylko na zupę rybną za 18 zł. Żeby to była chociaż jakaś wielka porcja… Ciekawe, co car by na to powiedział. Natomiast same zabudowania stacyjne oraz stare wagony i lokomotywy na torach zrobiły wrażenie. To całkiem ciekawa ekspozycja. Niestety nie trafiłem na godzinę wycieczki drezyną – trochę się spóźniłem. No właśnie – pociągi tu już nie jeżdżą, ale chociaż nie rozebrano szyn. Może szkoda, że nie ma żadnego toru choćby sporadycznie eksploatowanego przez kolej (nie tylko do Hajnówki, ale i na Białoruś – jak podaje „Mały atlas linii kolejowych Polski 2011”, ok. 1916 roku były plany poprowadzenia torów na wschód, lecz ich nie zrealizowano). Dobrze, że przynajmniej tak linia jest wykorzystywana.

Stąd można by iść na ul. Waszkiewicza w kierunku kościoła (a więc od drugiej strony w porównaniu z tym, co wcześniej opisałem), ale postanowiłem przejść się przez Podolany i Graniczną do centrum wsi.

Powrót do Hajnówki trochę się skomplikował, gdyż pojazd firmy Arriva nie przyjechał (mam wrażenie, że rozkład wisiał być może nie na tym przystanku, co trzeba – byłem na Waszkiewicza przy szkole), ale z kolejnym busem (Lob-Trans do Bielska Podlaskiego) nie było już problemu.

Czas zwiedzania: mój pobyt trwał ok. 9 godzin, ale można by 2 – 3 dni. W przypadku wypadu na Białoruś co najmniej dzień dłużej.