(woj. warmińsko-mazurskie, pow. olsztyński)

2025 rok to był dziwny rok dla tych, którzy wybrali lipcowy termin urlopu. Dopiero co opublikowałem wrażenia z Ostródy, którą zwiedziłem dzień wcześniej, a już napotkałem na kolejny problem. O ile tam niepogoda aż tak nie przeszkadzała, to miałem dylemat, kiedy z Olsztyna, gdzie nocowałem, jechać do Olsztynka, w którym jest przecież skansen. Pierwotnie chciałem przyjechać tu dzień, dwa później, ale tylko na wtorkowe dopołudnie zapowiadane było okienko pogodowe. Potem miało lunąć, a może i zagrzmieć. Kolejne dni zapowiadały się jeszcze mniej ciekawie. Mimo alertów nie miałem wyjścia: albo pojadę teraz, albo mój urlop skończy się klapą. Nie lubię ryzyka, ale ponieważ ludzkości nie udało się zapanować nad pogodą tak, aby padało w nocy, musiałem je podjąć. Tak więc wybrałem się 8 lipca 2025.
Podczas mojej wizyty były różne opcje dojazdu. Kolej, owszem, działała, lecz kursy były sporadyczne. Największą rolę odgrywała firma Jaro-Bus, dzięki której dotarłem. Ponadto korzystną finansowo ofertą była komunikacja miejska z Olsztyna – taryfa jak po mieście. Wysyłała kilka kursów od poniedziałku do piątku, niestety z tak długą przerwą pomiędzy porannymi a popołudniowymi, że skorzystałem z niej tylko w drodze powrotnej. Trasy różniły się o tyle, że busy jechały najpierw do dworca kolejowego, a później na Staromiejską, skąd ruszały w kurs powrotny, a linia 129 okólnie: od razu na Staromiejską, później na dworzec, gdzie formalnie trasa się kończyła. Powrót po kilku minutach od razu do Olsztyna. Jeśli więc ktoś chciałby wsiąść na Staromiejskiej, to wygląda na to, że do Olsztyna powinien skasować bilet czasowy przesiadkowy, bo nie wiem, czy uznano by mu jednorazowy. Ostrzegam zaś, że przystanek o nazwie Olsztynek – Skansen nie znajdował się pod samym skansenem.
Pierwszy etap zwiedzania jest niedługi. Idziemy ulicą Jagiełły do skrzyżowania z Grunwaldzką. Tu widzimy kino Grunwald. Krótkie przejście Warszawską obok Miejskiej Biblioteki Publicznej na tyłach ratusza i jesteśmy na Rynku. Później uzupełniłem sobie jeszcze spacer o ul. Mazurską.
W muzeum, na które składa się Salon Wystawowy (dawny kościół) i Dom Mrongowiusza, okazało się, że bilety łączone na wszystkie atrakcje w mieście dostępne są tylko w skansenie, więc aby nie kupować dwóch oddzielnych, postanowiłem udać się najpierw tam. Na tę decyzję wpłynęły też prognozy. Obok muzeum rzucają się w oczy okazałe budynki Zespołu Szkół, mamy też popiersie Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza.
Resztę atrakcji centrum Olsztynka można by zebrać w pętlę. Ulicami Krzywą, a następnie skręcając w lewo w Chopina, dotrzemy w okolice kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Co prawda ma on w adresie tę druga ulicę, ale trzeba trochę podejść do niego mniejszymi dróżkami.
Z ul. Chopina skręcamy na chwilę w lewo w Niepodległości, aby po prawej zobaczyć wieżę ciśnień. Zawracamy, kierujemy się aż do ul. Jana Pawła II, w którą skręcamy w lewo i idziemy na dworzec kolejowy. Budynek całkiem ładny, szkoda, że wykorzystany w niewielkim stopniu. Za to ruch autobusowy spory, bo były też lokalne linie podmiejskie.
Fotografujemy obelisk z tablicą ku pamięci papieża Polaka i idziemy ulicą Daszyńskiego. Jesteśmy znów na ul. Mrongowiusza, ale tu przerwiemy pętlę, gdyż udamy się do skansenu. Wchodzimy na jej bardziej ruchliwy odcinek, gdyż na śródmiejskim była niewielką uliczką. Kierujemy się kawałek na północny wschód, a następnie skręcamy w lewo w Leśną, która zaprowadzi nas do celu.
Wizyta w Skansenie Budownictwa Ludowego trwała ponad 2 godziny. Trasa zwiedzania dobrze oznakowana, do wielu obiektów można było wejść. Może tylko szkoda, że nie wypożyczano kasków ochronnych, bo dawne chaty nie mają zbyt dużych drzwi, więc czasem się trzaśnie głową. Tak jest oczywiście w każdym skansenie. Oprócz chat, ogrodów, zagród i wiatraków widziałem też kurhan. Deszcz padał tylko 10-15 minut, choć na którymś zdjęciu chmury wyglądają złowrogo. Nie było jednak źle.
Po powrocie na skrzyżowanie Daszyńskiego z Mrongowiusza idziemy tą drugą w kierunku Rynku, po drodze mijając kaplicę Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Pozostało więc zwiedzenie wspomnianych już obiektów muzealnych, na które mamy bilet. Uwaga! Radzę zachować paragon ze skansenu, bo inaczej będzie trzeba oddać w kasie cenną pamiątkę w postaci ładnego biletu! Tylko w ten sposób udało mi się obronić trofeum przed utratą.
Pogoda mnie oszczędziła, bo prawdziwa ulewa zaczęła się później, niż wynikało to z prognoz. Ponieważ było ładnie, postanowiłem trochę przysiąść na Rynku, a następnie pochodzić paroma okolicznymi uliczkami. Dopiero kilkanaście minut przed godz. 16 wsiadłem do 129 (wcześniej miałem Jaro-Busy, jakby trzeba już naprawdę ewakuować się), gdzie skasowałem bilet 3-dobowy, który wystarczył mi już do końca pobytu w Olsztynie. Ledwo ujechałem parę kilometrów, to lunęło jak z cebra i tak było do wieczora oraz 2/3 następnego dnia.
Pamiętajcie też, że przymiotnik od Olsztyna to olsztyński, a od Olsztynka olsztynecki.
Czas zwiedzania: min. 5 godzin, mój pobyt trwał 6.











































